Mija kolejna rocznica przyłączenia Polski do Unii Europejskiej. Z tej okazji, media przy każdej okazji podkreślały możliwość uzyskania przez nasz kraj ogromnych funduszy unijnych.  Pozostaje jednak pytanie czy nazywanie ich „unijnymi" nie jest przypadkiem nadinterpretacją rzeczywistości.  Do tej pory nie zaprezentowano klarownego bilansu polskich wpłat do kasy unii i dotacji unijnych płynących w odwrotnym kierunku. Dopiero wtedy można by zgodnie z prawdą stwierdzić ile z tych funduszy jest „unijnych" a ile pochodzi z kieszeni polskiego podatnika.  Poprzednie rządy odpowiedzialne za negocjacje akcesyjne  nie kwapiły się do zaprezentowania społeczeństwu owoców swoich działań.  Najwyższy już czas by nowe władze taki klarowny i rzetelny bilans  sporządziły, prezentując również maksymalne i minimalne szacunki wykorzystania funduszy w porównaniu z polskimi wpłatami do brukselskiej kasy w najbliższych latach. 

 

Jak dotąd te nieliczne elementy umowy akcesyjnej, które były dla Polski korzystne, lub najmniej niekorzystne były zawsze w odpowiednim momencie zmieniane przez Unię, a wszelkie anemiczne protesty z naszego kraju były zakrzykiwane absurdalnymi argumentami. Wedle brukselskiej logiki Polska musi godzić się na wszystko, w przeciwnym wypadku stanie się „burzycielem porządku europejskiego", „niesolidarna", oraz „wysunie się z szeregu".  Według S. Michalkiewicza (Zanim Usłyszymy Kroki) kraj nasz otrzyma netto per capita 152 złote rocznie.  Według prof. Ryszarda Henryka Kozłowskiego (Potrzeba Bilasu Otwarcia) zgodnie z traktatem unijnym w okresie siedmiu lat, Polska musi wpłacić do kasy unii 11,6 mld euro składek, 2,9 mld na „badania naukowe", 6,4 mld na „ochronę granicy", 6,7 mld na „instytucje bankowe", oraz zainwestować samemu w 21,9 mld w „ochronę środowiska".  Suma tych kwot daje dokładne 60 mld.  Wynika z tego, że w najlepszym wypadku Polska wyjdzie na zero w tym unijnym interesie.  Jak dotychczas wykorzystywaliśmy tylko 3,4% unijnych środków, a historia innych państw po akcesji jasno pokazuje, że żadne nie wykorzystało środków unijnych w stu procentach.  Powyższy bilans nie jest jednak jeszcze pełny.  Po stronie „strat" trzeba by jeszcze doliczyć: straty opłat celnych towarów unijnych; koszty rozmaitych limitów produkcyjnych narzuconych przez Unię (np.limit produkcji mleka 7,2 mln ton rocznie przy własnych potrzebach  11-12 mln ton i zdolności produkcujnej na poziomie 16-18 mln ton); koszty wprowadzania i utrzymania najprzeróżniejszych, w większości idiotycznych, bizantyjskich unijnych przepisów i dyrektyw; koszty „unijnej sprawozdawczości" (e.g. „produkcja raportów", utrzymanie baz danych, kolczykowanie bydła, etc.).  W tej części bilansu nie widać niczego po stronie zysków.  Fikcją okazuje się wspólna polityka, działania gospodarcze czy handlowe.  Przykładami mogą być choćby współpraca rosyjsko-niemiecka ponad polskimi głowami; bezpodstawne embargo na eksport polskiej żywności na wschód (pomimo rosyjsko-unijnych umów); czy wreszcie „słynny" rurociąg bałtycki.

 

Do tego bilansu trzeba by też w jakiś sposób doliczyć częściową utratę suwerenności, za odzyskanie której miliony polskich partiotów poniosło śmierć lub było prześladowanych. Wkomponować w ten bilans trzeba również potencjalną utratę i tych resztek suwerenności wraz z wprowadzeniem Euro i przyjęciem unijnej konstytucji.

 

Pozostaje jeszcze pytanie ile kosztowało Polskę „dostosowanie do unijnych standardów"?.  Prof. R.H. Kozłowski i A. Nowak ( „Potrzeba biansu otwarcia" Nasz Dziennik 9-1- IX 06) piszą: Z dostępnych danych wynika, że już w okresie stowarzyszeniowym z UE straciliśmy więcej majątku niż w wojnie z Hitlerem.  Oblicza się, że straty Polski w wyniku niemieckiej agresji z lat 1939-1945 wynosiły około 500 mld USD .  W wyniku akcesji do UE Polska straciła (wg. różnych źródeł) od 600 mld USD do 2 bln USD.

 

Nie mając oficjalnych zbiorczych danych na ten temat trudno jest ustosunkować się do powyższego stwierdzenia.  Sprawa jest jednak wystarczająco istotna by domagać się od czynników oficjalnych wspomnianego „bilansu otwarcia".